25 sierpnia 2013

Rozdział 32.

    Tygodnie pędziły jak szalone. Przygotowania do ślubu szły pełną parą i ostatecznie ceremonia podwójnych zaślubin miała odbyć się w Polsce. Audrey zależało na tym, bo wiedziała, jak wiele znaczy ten kraj dla Alana, poza tym ani ona, ani jej siostra, ani nawet Harry nigdy tam nie byli.
    Scars początkowo kręcił nosem, ale ostatecznie Veronice udało się go przekonać, choć zadała sobie wiele trudu.
    Mama Alana była zachwycona. Nie widywała się z synem zbyt często, a rzadki kontakt telefoniczny nie mógł zastąpić rozmów twarzą w twarz. Babcia z kolei płakała ze wzruszenia, nie mogąc uwierzyć, że jej mały, ukochany wnuczek o hebanowych oczach w końcu się ustatkuje. Co prawda wiedziała, że ma już dziecko i ukochaną, z którą mieszka od lat, ale w jej oczach ślub był obietnicą złożoną Bogu. A takich obietnic się nie łamie.
    Wybór kościoła spadł na Veronikę, na której guście polegała cała pozostała trójka. Po wielu godzinach spędzonych przed komputerem podjęła decyzję. Padło na zbudowany pod koniec XIII wieku kościół katedralny. Zauroczyła ją ta potężna, gotycka budowla, w której jednak dało się odnaleźć elementy romanizmu. Palona cegła, z której wzniesiono świątynię, także nie była bez znaczenia. Do gustu przypadło jej również położenie kościoła i jego specyficzna budowa. Prezbiterium bowiem zwrócone było ku wschodowi, skąd, zgodnie z chrześcijańskimi wierzeniami, miał nadejść Chrystus w dniu Sądu Ostatecznego. Główne wejście znajdowało się z kolei po stronie zachodniej, naprzeciw głównego ołtarza.
    Gdy decyzja zapadła, a wszelkie niezbędne formalności zostały załatwione, Veronica poprosiła o pomoc Jonathana. Pomógł jej w zamówieniu fototapety, na której widniała budowla, w której zarówno ona, jak i jej siostra, miały złożyć przysięgi małżeńskie.
    Teraz Veronica siedziała w salonie na kanapie, wpatrując się w ścianę, na której umieszczono fototapetę. Za oknami panowała ciemność, a w domu było cicho jak makiem zasiał. Wszyscy spali, chcąc mieć jak najwięcej siły na kolejny dzień, kiedy to wyruszą w podróż do Polski, ale ona nie potrafiła. Rozkoszowała się świadomością, że po raz ostatni przebywa w tym domu jako panna.
    Zamyśliła się. Suknie były gotowe, zarówno te przeznaczone na ceremonię, jak i te, w których miały bawić się później. Danielle dostała od niej piękną sukienkę, w której wyglądała jak księżniczka, Alan z kolei sprezentował chłopcom eleganckie garnitury.
    Usłyszała ciche kroki na schodach. Uśmiechnęła się lekko, gdy do salonu wkroczyła jej siostra. Włosy miała w nieładzie, twarz zaróżowioną od snu, a w dłoniach trzymała rozciągnięty beżowy sweter, który obie darzyły wielką miłością.
    –  Co tu robisz?  –  zapytała Veronica.
    Audrey opadła ciężko na kanapę. Odwróciła głowę w kierunku siostry i westchnęła.
    –  Wiedziałam, że będziesz tu siedzieć do rana  –  odparła Audrey  –  więc postanowiłam ci po prostu przynieść coś, co możesz na siebie założyć, zanim zamarzniesz.
    –  Nie jest mi zimno  –  rzuciła Veronica i, jakby na przekór, jej ciałem wstrząsnął dreszcz.
    –  Właśnie widzę  –  Audrey spojrzała na nią z politowaniem. Veronica wciągnęła na siebie sweter i wpatrywała się dalej w fototapetę.
   –  Ponoć kiedy człowiekiem wstrząsa niespodziewany dreszcz, przechodzi obok niego śmierć  –  rzekła Audrey. Veronica zignorowała tę uwagę.
     –  Już za parę dni zmienimy nazwiska  –  powiedziała.
    –  To dziwne  –  szepnęła Audrey.  –  Tyle lat jesteśmy siostrami Whiteraven, a potem co, siostry Scars i Vega? Przecież to nie brzmi tak ładnie.
    Veronica uśmiechnęła się.
    –  W takim razie wszyscy miejmy na nazwisko Whiteraven.
    –  Och, już widzę, z jaką radością chłopaki się na to zgadzają.



***



    Lot nie należał do najprzyjemniejszych. Audrey przez całą podróż wymiotowała, a Veronica starała się ogarnąć trójkę rozbrykanych malców. Nawet Liam dokazywał, co było zadziwiające, jednak miło było zobaczyć na jego twarzy uśmiech. W końcu niemal zawsze był poważny i zamyślony. Niezwykłe, biorąc pod uwagę jego wiek.
    Po wielu godzinach samolot w końcu wylądował na warszawskim lotnisku. Veronica wzięła na ręce Tylera i Danielle, Harry zaś zajął się Liamem. Alan z kolei prowadził słaniającą się na nogach Audrey. Wylądowali. Byli w Polsce, ale czekała ich jeszcze długa droga do rodzinnej miejscowości Alana.
    Wynajętym busem tłukli się przez niemal cały kraj, aż w końcu, gdy księżyc w najlepsze panoszył się po niebie, zatrzymali się przy niewielkim, białym domku. Kiedy zapłacili za przejazd i dorzucili sowity napiwek, kierowca busa, dość młody mężczyzna o smutnym spojrzeniu, wylewnie podziękował im łamaną angielszczyzną. Alan spojrzał na niego z uśmiechem, poklepał go po ramieniu i rzucił nienaganną polszczyzną.
    –  W porządku, zasłużyłeś na to.
 


***



    Alan zaprowadził swoich najbliższych do domu. Parter był o wiele bardziej przestronny, niż piętro, które zajmowała mama i babcia Vegi.
    –  Nareszcie jesteście!  –  zawołała Jennifer, zakładając ciemne włosy za uszy. Veronica spojrzała jej w oczy i choć nie zrozumiała, co powiedziała kobieta, wiedziała, że się cieszy. Jej czarne oczy, które odziedziczył po niej syn, były radosne pomimo zmęczenia.
    Alan odwrócił się i przetłumaczył słowa matki. Był wzruszony i nawet nie starał się tego ukrywać. Audrey puchła z dumy, kiedy Danielle i chłopcy przedstawiali się jej przyszłej teściowej.
    –  Mama mówi, że mała jest bardzo do ciebie podobna  –  powiedział Alan.
    –  A skąd! Ma twoje oczy i włosy!
    Vega uśmiechnął się i zwrócił do Veroniki:
    –  Wygląda na to, że na ten czas zamieszkamy na parterze.
    Harry westchnął.
    –  W takim razie zniosę bagaże.
    Veronica czuła się niezręcznie. Audrey była wprawdzie niemal częścią tej rodziny, a przynajmniej miała do niej dołączyć za równy tydzień, jednak ona sama miała wrażenie, że jest tutaj zbędna. Nagle z dołu dobiegł ich krzyk Harry'ego.
    –  Chodźcie tu, szybko!  –  zawołał.
    Veronica, przerażona tonem jego głosu, czym prędzej chwyciła dzieci i zbiegła po schodach. Na parterze od razu postawiła ich na podłodze i pobiegła do pomieszczenia, z którego docierało wołanie Scarsa. Pociągnęła za klamkę. Drzwi, które były lekko
uchylone, teraz otworzyły się na całą szerokość.
    –  Nie wierzę  –  szepnęła. Poczuła łzy napływające do oczu.
    Harry stał złączony w uścisku ze Scarlett Whiteraven, Josh zaś wyciągnął w stronę córki ramiona.
    –  Chodź tu  –  powiedział łamiącym się głosem.
    Veronica rzuciła się w jego objęcia jak małe dziecko spragnione czułości ze strony rodziców. Płakała i śmiała się naprzemiennie. W pewnym momencie poczuła dłoń Audrey, obejmującą ją w talii. Była szczęśliwa.



***



    Wybiło południe, gdy Harry otworzył oczy. Spojrzał na śpiących między nim a Veroniką chłopców i uśmiechnął się. Co za małe potwory. Nie dość, że przepłakali niemal całą noc, to jeszcze wepchnęli się do ich łóżka, choć mieli przygotowane jedno ogromne dla siebie. Veronica leżała wygięta w dziwacznej pozie. Sprawiała wrażenie, jakby miała za chwilę spaść na podłogę. Harry uśmiechnął się szerzej. Tylko matka potrafi spać w tak niewygodnej pozycji, kiedy dzieci potrzebują jej bliskości.
    Wstał i po cichu wyszedł z pokoju. Na korytarzu natknął się na Alana, który, pomimo różnic stref czasowych, wyglądał wyjątkowo rześko.
    –  Czy ty coś bierzesz?  –  zapytał.
    –  Nie, czemu?
    Scars przesunął dłonią po nieposłusznych brązowych lokach.
    –  Oddałbym nawet swoje ferrari za kilka dodatkowych godzin snu.
    Alan roześmiał się w odpowiedzi.
    –  Jeśli pójdziesz dziś szybko spać, jutro wstaniesz zgodnie z tą strefą i będziesz czuł się lepiej.
    –  Skoro tak mówisz  –  mruknął Harry i wszedł do łazienki.
    –  Zrobię ci kawę  –  zawołał Vega.
    Harry zakluczył za sobą drzwi i oparł się o nie. Oczy piekły go niemiłosiernie i za wszelką cenę starał się je utrzymać otwarte. Prysznic. Świetna myśl, Scars. Tylko zimny, bo uśniesz.
    Niespiesznie rozebrał się i wszedł do kabiny. Odkręcił kurek i poczuł chłodny strumień wody spływający po jego twarzy. Początkowo było to nawet przyjemne, ale po chwili przypomniał sobie, że za oknem panuje jesień i zrobiło mu się zimno. Umył się najszybciej, jak potrafił i wyskoczył z kabiny.
    W kuchni powitał go zapach świeżo zaparzonej kawy i jajecznicy. Usiadł przy ogromnym, owalnym stole z dębowego drewna i pociągnął nosem.
    –  Streszczaj się, kiszki mi marsza grają!  –   rzucił.
    Alan spojrzał na niego znad patelni.
    –  Wreszcie zrozumiecie, co to jest prawdziwe jedzenie  –  powiedział. Odstawił patelnię na gaz i sięgnął do drewnianego pojemnika. Przełożył chleb na deskę, pokroił go i ułożył w płytkim wiklinowym koszyczku.
    –  Co to za ciasto?  –  zapytał Scars.
    –  Ciasto?  –  Vega roześmiał się głośno.  –  To chleb!
    –  Chleb?  –  Harry zmarszczył brwi i wydął usta.  –  Przecież chleb wygląda...
    –  Tak?  –  zapytał Alan, machając mu przed twarzą opakowaniem chleba tostowego.
    –  No, właśnie tak!
    –  To jest chleb tostowy. Przynajmniej w Polsce używa się go do tostów, mało kto wykorzystuje go do robienia kanapek.
    –  Czemu?
    –  Bo jest wstrętny.  –  Alan wzruszył ramionami i nałożył jajecznicę na talerze.
    –  A gdzie twoja mama i babcia?  –  zapytał Harry, przygryzając pachnące pieczywo.  –  O rety  – jęknął z pełnymi ustami.  –  To jest najlepsza rzecz, jaką w życiu jadłem!
    –  Poszły do kościoła, razem z kilkoma znajomymi z kółka różańcowego, na które chodzi babcia. Będą zawieszać ozdoby i inne takie.
    Harry pokiwał głową. Polska to dziwny kraj. Tyle się naczytał negatywnych opinii o nim, a jednak teraz wydawało mu się, że były niesłuszne.
    Alan obudził dzieci i siostry Whiteraven. Cała piątka przyszła do kuchni akurat w momencie, w którym rodzice dziewczyn kończyli śniadanie.
    –  Było pyszne!  –  pochwalił Josh.
    –  To prawda  –  potwierdził Harry.  –  Ma pan dzisiaj chwilę wolnego czasu?  –  zapytał.
    Josh Whiteraven spojrzał na niego zdziwiony. Próbował wyczytać coś z twarzy Scarsa, jednak nie udało mu się. W końcu przytaknął.
    –  Świetnie. W takim razie proszę iść się ubrać, za piętnaście minut wychodzimy.



***



    Harry nie przestawał podziwiać niezwykłej architektury polskich ulic. Poniemieckie kamienice wyremontowano i choć kolory były żywe, to jednak duch tamtych czasów, minionych i nieszczególnie szczęśliwych, unosił się nad nimi jak nieproszony gość.
    Dookoła roiło się od straganów z owocami i żałował, że te amerykańskie nie wyglądają nawet w połowie tak dobrze, jak polskie. Dziwiło go trochę, że w najbardziej ruchliwych częściach miasta królują banki i apteki, ale przecież każda miejscowość ma jakieś minusy, nieważne, jak piękna jest.
    Josh i Harry spacerowali właśnie po parku, w którego centrum znajdował się staw. Na jego środku była wysepka, na której rosło kilka drzew.
    Harry przypomniał sobie o stawie w parku niedaleko ich domu w Miami. Veronica nadal wierzyła, że na jego dnie znajduje się zatopiony pałac z baśni. Ten zbiornik wodny jednak wydawał mu się odpowiedniejszy od tamtego. Tu bardziej realna wydawała się podwodna księżniczka i cały ten anturaż.
    –  Dokąd idziemy?  –  zapytał w końcu Josh.
    –  Chciałbym kupić pewien drobiazg Audrey i Alanowi.
    –  Jaki?
    –  Nie jestem pewien  –  rzucił i przygryzł dolną wargę.
    –  Masz jakikolwiek pomysł, co mogłoby to być?
    –  Nie. Ale chciałbym, żeby było na tyle niewielkie, żeby można to było wszędzie zabrać. I najlepiej nierozerwalne, albo podzielone na dwie części, wzajemnie się uzupełniające.
    –  Wisiorek?  –  podpowiedział Whiteraven.
    Harry pokręcił głową.
    –  Nie, to zbyt banalne.
    Szli zamyśleni, kiedy nagle Harry otworzył szeroko oczy.
    –  Jezu, mam!







***



    Veronica zapięła suwak i odwróciła siostrę ku sobie. Przyjrzała się z uwagą sukni, a następnie przeniosła wzrok na twarz Audrey.
    –  Dobra  –  powiedziała.  –  Lecimy z makijażem.
    Posadziła siostrę na krześle, zarzuciła na jej ramiona płachtę, która przypominała nieco tę fryzjerską, a następnie sięgnęła po swój wypełniony po brzegi kufer z kosmetykami.
    Co chwilę zerkała na siostrę, chcąc dobrać jak najlepszy makijaż. W końcu zdecydowała. Ciemny podkład wymieszała z kremem, aby uzyskać najbardziej naturalny efekt i starannie nałożyła go na twarz siostry. Następnie dobrała idealnie komponujący się z podkładem puder, którym lekko przyprószyła czoło, nos, brodę i policzki siostry. Bronzer pomógł jej wymodelować owal twarzy Audrey i wtedy nadeszła najtrudniejsza część. Makijaż oczu.
    Przygryzła dolną wargę i przyglądała się siostrze.
    –  Nad czym tak intensywnie główkujesz?  –  zapytała w końcu Audrey.
    Veronica była tak skupiona, że dźwięk głosu siostry zaskoczył ją do tego stopnia, że aż podskoczyła, przewracając przy okazji kuferek.
    –  No i widzisz, co narobiłaś?  –  syknęła.
    –  Ja?  –  roześmiała się Audrey.  –  To ty rozrabiasz.
    Veronica zaczęła zbierać rozrzucone kosmetyki i gdy chwyciła paletę cieni, która obejmowała sześć kolorów, przechodzących od pudrowego różu aż do purpury, zrozumiała, jaki makijaż powinna mieć siostra. Sięgnęła po pacynkę i biały, świetlisty cień.
    –  Kogoś olśniło  –  rzuciła rozbawiona Audrey.
    –  Milcz  –  odparła Veronica.
    Naniosła biały cień na wewnętrzne kąciki oczu siostry i lekko roztarła je w górę. Potem nakładała kolejno różowe cienie, przechodząc do najciemniejszego, którym delikatnie zaznaczyła linie nieco ponad granicami ruchomej części powiek. Następnie sięgnęła po czarny eyeliner, którym zafundowała siostrze cienkie kreski na linii rzęs i wyciągnęła je odrobinę poza oczy. Wytuszowała rzęsy, a na koniec nałożyła niewielką ilość perłowego cienia poniżej linii brwi. Odsunęła się i podziwiała swoje dzieło w milczeniu.
    –  Jak wyglądam?  –  dopytywała Audrey. Veronica bez słowa podała jej lusterko.
    Z niemałym rozbawieniem obserwowała szok malujący się na twarzy blondynki.
    –  I jak ci się podoba?
    –  Ja mam duże oczy!  –  zawołała Audrey. Małe oczy zawsze były jej kompleksem. Poderwała się i rzuciła na szyję siostrze, która natychmiast ją uspokoiła.
    –  To jeszcze nie koniec.
    Chwyciła pędzelek ścięty pod kątem i jasnobrązowym cieniem podkreśliła brwi siostry. Różowym błyszczykiem przejechała po jej wargach.
    –  Teraz zjeżdżaj  –  rzuciła.  –  Królowa realnego fotoszopa musi zająć się sobą.




* * *



    Dziewczyny miały właśnie wzywać taksówkę, gdy usłyszały klakson samochodu. Posłały sobie zdziwione spojrzenia i podeszły do okna, starając się nie pobrudzić sukien ślubnych.
    Harry, Alan, rodzice, babcia Alana i dzieci pojechali już do kościoła, a one, jako panny młode, miały prawo zjawić się tam na sam koniec.
    –  Czy ty widzisz to samo, co ja?  –  zapytała Veronica.
    Audrey uśmiechnęła się szeroko i poklepała siostrę po ramieniu.
    –  Może i jesteś niezdarna, ale przyjaciół potrafisz sobie dobrać najlepiej na świecie!
    Veronica uściskała siostrę i otworzyła okno.
    –  Co ty tutaj robisz?  –  zawołała do wychodzącego z auta blondyna. Ruszył w ich stronę i po chwili stanął na wprost nich, kilka metrów od domu.
    –  Nie może mnie zabraknąć na ślubie najukochańszej przyjaciółki  –  oświadczył Jonathan, ukazując w uśmiechu rząd śnieżnobiałych zębów.
    Veronica roześmiała się głośno.
    –  Już idziemy!
    Chwyciła siostrę za rękę i ruszyły do drzwi. Zamknęły je za sobą i już miały zejść po schodach na chodnik, kiedy Audrey zatrzymała się.
    –  Co jest?
    –  Trzeba je zakluczyć.
    Veronica zmarszczyła brwi.
    –  Faktycznie. W całym tym zamieszaniu na śmierć zapomniałam o tak przyziemnej sprawie.



***



    Jonathan łagodnie zahamował tuż obok kościoła, a następnie pomógł dziewczynom wysiąść. Veronica spojrzała na olbrzymią budowlę z uznaniem.
    –  Na żywo wygląda jeszcze lepiej  – powiedziała.
    –  Zaczekaj, aż wejdziesz do środka  –  roześmiał się Jonathan.
    Po drodze dziewczyny dowiedziały się, że wszyscy poza nimi wiedzieli o przyjeździe Jonathana. Sprytne zagranie i wspaniała niespodzianka. Choć wcześniej, jeszcze w Stanach, obie zaprosiły go na ceremonię, odmówił, tłumacząc się pilnymi zajęciami. Teraz wiedziały, że wymówki były wymyślone tylko po to, aby sprawić im jak największą niespodziankę.
    Wrota kościoła były ogromne i masywne. Veronica próbowała pohamować swoje zboczenie zawodowe, jednak sama architektura robiła na niej tak wielkie wrażenie, że nie mogła się oprzeć i w myślach zaczynała już projektować mieszkania inspirowane świątynią.
    –  Nareszcie jesteście  –  zawołał Josh Whiteraven.  –  Stoję tu już chyba dwa kwadranse!
    –  Po co?  –  zdziwiła się Audrey. Veronica szturchnęła ją łokciem.
    –  Nie bądź głupia. Przecież tata musi nas zaprowadzić do ołtarza!
    Dziewczyny ujęły ojca pod ramiona. Stojąca po lewej Veronica odczuwała zdenerwowanie, Audrey z kolei zdawała się zupełnie nie czuć stresu. Jonathan otworzył masywne drzwi i wszyscy wkroczyli do środka.
    Kościół był niemal pusty. W pierwszych ławkach siedziały dzieci, mama dziewczyn oraz matka i babcia Alana. Uwagę Veroniki zwróciła trójka ludzi, którzy siedzieli w przeciwnym rzędzie, w czwartej ławce. Była jeszcze zbyt daleko, by ich rozpoznać.
    Na wprost dumnie wznosił się wspaniały ołtarz, przed którym ustawiono dwa pięknie przystrojone klęczniki. Po lewej stronie stał Harry, po prawej Alan. Obaj obrócili się właśnie i z nietrudnym do rozszyfrowania zachwytem podziwiali kroczące w ich stronę kobiety. Tuż przed ołtarzem Josh odsunął córki od siebie i pchnął je lekko w kierunku chłopaków.
    –  Kocham was  –  szepnął i mrugnął do przyszłych zięciów. Odwrócił się i zajął miejsce obok żony.
    Ksiądz, który dotąd stał niezauważony,  chrząknął do mikrofonu, chcąc się upewnić, że działa. Posłał stojącym przed nim parom ciepłe spojrzenia. Musieli być naprawdę wspaniałymi ludźmi, skoro ich przyjaciel, blondwłosy Jonathan Cutler, prawie stanął na głowie, aby sprowadzić księdza władającego językiem angielskim.
    –  Zebraliśmy się dzisiaj w Domu Pana, aby złączyć węzłem małżeńskim tych oto młodych ludzi...
    Harry przewrócił oczami. Kazanie zbliżało się nieuchronnie. W co ja się wpakowałem z tym ślubem kościelnym?


    Gdy blisko czterdzieści minut później nadszedł kulminacyjny moment ceremonii, Harry posłał Joshowi porozumiewawcze spojrzenie i odwrócił się z powrotem w stronę księdza. Zerknął jeszcze na Veronikę, która chłonęła wszystko każdym zmysłem i poczuł trudną do wyrażenia radość. Spełniało się jego najskrytsze marzenie. Będzie miał wreszcie rodzinę. Już na zawsze. Nigdy nic tego nie zmieni.
    Cofnęli się, gdy nadszedł czas na przysięgę Audrey i Alana.
    Ksiądz również zrobił kilka kroków do tyłu, a z bocznej nawy wyłoniło się dwóch ministrantów. Podeszli z mikrofonem do pary.
    W kościołach katolickich panuje zwyczaj, wedłuf którego przysięgę jako pierwszy składa pan młody, dlatego Audrey była bardzo zdziwiona, gdy najwyżej szesnastoletni ministrant podstawił mikrofon pod jej nos.
    –  Zaczynaj, dziecko  –  powiedział ksiądz i skinął lekko głową.
    Audrey przez chwilę milczała, chcąc przypomnieć sobie słowa przysięgi małżeńskiej. Od początku mówiła wszystkim, że nie chce powtarzać po księdzu, dlatego też nauczyła się całości na pamięć. Wreszcie wszystko w jej głowie wskoczyło na właściwe miejsce. Przełknęła ślinę, uniosła głowę.
    –  Ja, Audrey Whiteraven, biorę sobie ciebie, Alanie Vega, za męża i ślubuję ci miłość, wier...  –  głos załamał jej się ze wzruszenia, jednak szybko wzięła się w garść.  –  Wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.
    Alan uśmiechnął się. Miał dla niej niespodziankę. Skorzystał z prawa do zmiany tekstu przysięgi małżeńskiej, ale nie zamierzał informować o tym ukochanej. Odchrząknął cicho.
    –  Przez to, co czuję, zachowuje się jak dzieciak. Bywam zazdrosny, wybacz, taka natura faceta. Odnajduję się w twych wadach i w twych zaletach, wiem, że powiesz mi, jeżeli będzie coś nie tak. Niech mi zabiorą powietrze i tak będę oddychał tobą. Zapomnij to, co złe, cieszmy się sobą nareszcie.
    Veronica wpatrywała się osłupiała w plecy Alana.
    –  To była najpiękniejsza przysięga na świecie  –  szepnęła do Harry'ego. On uśmiechnął się jedynie, nie odrywając wzroku od Alana i Audrey.
    I wtedy nadszedł czas na kolejną niespodziankę. Tym razem nie miał o niej pojęcia nikt, za wyjątkiem Scarsa i Josha.
    Danielle podreptała do rodziców, niosąc przed sobą mały, wyłożony czerwonym aksamitem koszyczek, w którym leżały dwie obrączki. Alan i Audrey sięgnęli po nie i wtedy Vega zesztywniał. Skierował wzrok na Harry'ego, który wzruszył ramionami i z uśmiechem rzucił:
    –  Szczęścia na nowej drodze życia!
    Vega pokręcił z niedowierzaniem głową. Ten chłopak zrobiłby dla najbliższych wszystko. Bez wyjątku.
    Chwycił dłoń Audrey i wsunął na jej palec złotą obrączkę, na której lśniły trzy umieszczone w równych odległościach od siebie kamienie: szmaragd, żółty topaz i rubin.
    –  Przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego...


    Veronica wraz z Harrym stanęli w miejscu, w którym przed chwilą Audrey stała się panią Vega.
    I tym razem Veronica przeżyła szok, kiedy ministrant podsunął jej mikrofon pod nos. Zdziwiona wypowiedziała przysięgę, którą niedawno złożyła jej młodsza siostra i obserwowała rozwój sytuacji. Może w Polsce panują inne zwyczaje?
    Ministrant podszedł do Harry'ego. Rękę trzymał wysoko, gdyż był dość niski, co wyglądało całkiem zabawnie i pewnie Veronica roześmiałaby się, gdyby nie powaga sytuacji.
    Skup się, nakazała sobie w myślach. To ostatnie chwile twojego panieńskiego życia. Zerknęła na rodziców, na dzieci. Posłała matce i babci Alana radosne spojrzenie. Audrey i Alan uśmiechali się do niej zachęcająco, a Jonathan pokazywał uniesiony w górę kciuk. I wtedy zerknęła na drugi rząd ławek. Państwo Schwartz, pracodawcy Harry'ego, siedzieli obok ciemnowłosego mężczyzny, w którym rozpoznała Larry'ego Travisa, kuzyna Scarsa. Uśmiechnęła się i odwróciła w stronę Harry'ego. Widziała, jak przełyka ślinę i odniosła wrażenie, że jest zdenerwowany, jednak jego wzrok nie zdradzał niepokoju. Spojrzał jej głęboko w oczy i swoim niskim, lekko zachrypniętym głosem powiedział cicho:
    –  Nigdy nie pokochasz siebie nawet w połowie tak bardzo, jak kocham cię ja. Nigdy nie będziesz traktowała siebie właściwie, skarbie, ale chciałbym, żeby tak było. Jeśli pokażę ci, że jestem tu dla ciebie, może pokochasz siebie tak, jak kocham cię ja?
    Z tymi słowami wsunął na jej palec obrączkę z białego złota, na której wygrawerowano znak nieskończoności. Po jej policzkach popłynęły łzy, ale zdołała powstrzymać płacz w porę, chociaż na tę krótką chwilę.
    –  W oczach Pana jesteście mężem i żoną –  zawołał ksiądz.
    –  A teraz buziaczki!  –  ryknął Tyler, wywołując salwy śmiechu.



***


    Wybór miejsca, w którym w tak nielicznym gronie uczczą zaślubiny, spadł na mamę Alana. W końcu ona jako jedyna orientowała się, gdzie przyjęcie uda się najlepiej. Nie planowali, na szczęście, hucznego weseliska, więc problemów organizacyjnych nie było.
    Restauracja znajdująca się na punkcie widokowym miasta była idealna. Zarówno oferta dań, jak i lokalizacja odpowiadały wszystkim. Tylerowi, Liamowi i Danielle wręcz zaparło dech w piersiach, kiedy zobaczyli miasto z takiej wysokości.
    Harry podszedł do dzieci i objął je.
    –  Jak wam się podoba?  –  zapytał.
    –  Jest super, tato! A mogę dostać tort?  –   Tyler posłał ojcu błagalne spojrzenie.
    –  Wszyscy zjemy po kawałku –  obiecał.
    Zostawił dzieci pod opieką Audrey i podszedł do Josha.
    –  Jak ci się podobało?  –  spytał Scars.
    –  Było wspaniale, dobra robota  –  odparł Whiteraven.  –  Szkoda tylko, że nazwisko umrze razem ze mną.
    –  Przynajmniej moje przetrwa  –  rzucił zaczepnie Harry.
    –  Zjeżdżaj, szczeniaku!  –  zawołał Josh z uśmiechem.






***



    Veronica siedziała przy ustawionym na zewnątrz stoliku i przyglądała się wszystkim zgromadzonym. Dzieci z apetytem pochłaniały kolejne dania. Nie dziwiło jej to - polskie jedzenie było o wiele smaczniejsze niż amerykańskie.
    Przeniosła spojrzenie na siostrę, która szeptała coś Alanowi do ucha. Państwo Vega, pomyślała. Będę musiała przywyknąć. Zerknęła na mamę i babcię Alana. Obie dyskutowały o czymś żywo, jednak nie mogła zrozumieć ani słowa. Popatrzyła też na Jonathana, który opowiadał jakąś anegdotę szefostwu Harry'ego i jego kuzynowi. Wreszcie jej wzrok spoczął na Harrym, który obserwował ją kątem oka.
    –  Co się gapisz?  –  szepnął.
    –  Podobasz mi się  –  odparła.
    –  Bardzo mnie to cieszy, pani Scars.
    –  Przyzwyczajaj się, że nią jestem. Żony się tak łatwo nie pozbędziesz. Będę z tobą na zawsze.
    –  Na zawsze?  –  podchwycił przekornie.
    –  Dopóki śmierć nas nie rozłączy 
  podkreśliła.
    –  Trzymam panią za słowo, pani Scars.
    Uśmiechnęła się. Veronica Scars. Piękna kompozycja.
    –  Dobra, dzieciaki, wstajemy i do zabawy!  –  zawołał Jonathan, klaszcząc w ręce.
    Maluchy uwielbiały jego towarzystwo, toteż nie trzeba było ich namawiać. Natychmiast zerwały się na równe nogi i pobiegły za Cutlerem.
    Audrey wiedziała, że niedaleko, za drzewami, znajduje się plac zabaw, dlatego nie niepokoiła się. Wiedziała też, że Jonathan chciał dać im chwilę wytchnienia od dzieci. Nie mogła się nadziwić, jak wspaniałym człowiekiem jest.
    Harry i Veronica wstali i odeszli na bok. Rozmawiali o czymś po cichu, aż w końcu poprosili wszystkich o uwagę.
    Spojrzenia gości spoczęły na nich. Harry położył dłoń na ramieniu swojej żony i powiedział:
    –  Chcielibyśmy was o czymś powiadomić.
    Veronica spojrzała na rodziców i w oczach matki dostrzegła błysk zrozumienia. Scarlett Whiteraven wszystkiego się domyśliła.
    –  Jestem w ciąży  –  oznajmiła brunetka i wtedy wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Spomiędzy drzew wyłoniła się sylwetka ognistowłosej kobiety.
    –  No, no, no  –  zagwizdała.  –  Moje gratulacje.
    –  Co tu robisz, Ashley?  –  warknął Harry.
    –  Przyszłam po to, co moje  –  rzuciła i wyciągnęła zza pleców pistolet. Wymierzyła w Scarsa.  –  Skoro nie możesz być mój, nie będziesz też jej.
    Huk wystrzału przeciął powietrze i zanim ktokolwiek zdążył zorientować się w sytuacji, rozległ się kolejny. Ashley wypuściła z ręki pistolet i upadła na ziemię, a pod jej ciałem zaczęła się tworzyć kałuża krwi.
     Harry początkowo nie rozumiał tego, co się stało. Wymierzyła w niego. Pociągnęła za spust, a mimo to on jest cały. I nagle z przerażeniem uświadomił sobie, co się wydarzyło. Biała suknia panny młodej zabarwiała się szkarłatem, a jej martwe oczy wpatrywały się w bliżej nieokreślony punkt na niebie. Upadł na kolana i przyciągnął ją ku sobie.
        Alan zdenerwowany wybrał numer pogotowia. Harry nie mógł opanować łez. Nie zwracał uwagi na zamieszanie dookoła. Patrzył w oczy ukochanej, z której uciekło życie. Jej usta zrobiły się fioletowawe, źrenice rozszerzyły się znacznie, a klatka piersiowa jakby się zapadła.
       Dopóki śmierć nas nie rozłączy.




______________________________________________________



Dziękuję wam wszystkim za to, że wytrwaliście z siostrami Whiteraven prawie cztery miesiące. Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa i motywujące komentarze, za waszą niecierpliwość i za to, że w ogóle chcieliście czytać mój twór. Tutaj, niestety, kończy się historia miłości, jaka połączyła Harry'ego i Veronikę.
Ten rozdział dedykuję wam wszystkim. Wszystkim, którzy czytali "Między niebem a ciszą" przez cały czas. Gdyby nie wy, nie miałabym powodu, aby pisać.

A wkrótce zabiorę was w podróż do innego świata, w którym poznacie zupełnie nowe osoby. Mam nadzieję, że was nie zawiodłam.


V.